poniedziałek, 10 czerwca 2024

Skórzana mini torebka

Skórzana mini torebka

Za mną baaardzo intensywny czas... Chociaż jestem przyzwyczajona do ciągłych wyjazdów - coraz bardziej - zarówno w podróży jak i na co dzień - przekonuję się do tego, że wcale nie muszę mieć niewiadomo jak dużej i pakowane torebki. Coraz chętniej wybieram torebki mini, ponieważ ciągle odkrywam nowe ich zalety. Wbrew pozorom, mimo, że są niewielkie - pomieszczą wszystko, co jest mi najpotrzebniejsze do pracy - notesik i długopis, telefon i oczywiście klucze... Torebki mini są naprawdę urocze 💙    


archiwum prywatne 

Jedynym minusem torebek mini jest to, że nie zmieści się do nich książka 😉 ale zmieszczą się słuchawki... a to już coś ☺ Nigdy nie przepadałam za bardzo dużymi torebkami, ale od czasu kiedy odkrywam zalety małych torebek - jeszcze chętniej je wybieram na co dzień, z tego względu, że sprawdzają się świetnie. Jakiś czas temu pisałam o tym, że nawet kiedy jestem na protestach rolników - jestem w pracy, ale mini torebka przeszła "chrzest bojowy" w wielu różnych sytuacjach i sprawdziła się doskonale. Na wakacyjne dni jest po prostu idealna... 💙  


archiwum prywatne 

Plusem torebki jest to, że ma jedną komorę, ale największym plusem jest to, że torebki mini dostępne są w różnych kolorach i różnych firm. W związku z tym, że do małej torebki nie wrzucamy niepotrzebnych rzeczy - z łatwością znajdziemy to, czego będziemy potrzebowały. Kolejnym plusem jest możliwość noszenia torebki na różne sposoby - i do ręki i na ramię. Wszystko zależy od sytuacji...      



Może się wydawać, że jeśli na co dzień chętnie wybieramy listonoszki - torebka mini nie zda egzaminu w naszej sytuacji, ale nic bardziej mylnego. Też jeszcze jakiś czas temu nie bardzo wyobrażałam sobie, aby z torebką mini wyruszyć w świat, a jednak... Nie musimy mieć zawsze wszystkiego przecież przy sobie. Torebka powinna być raczej ładnym, praktycznym dodatkiem, a nie małą walizką 😉   


archiwum prywatne 

Pomijam już sam fakt, że torebka jest wykonana ze skóry naturalnej, co samo w sobie sprawia, że jest piękna. Ponadto, torebka jest zamykana na uroczy złoty zatrzask w kształcie pszczoły 🐝  Bez wątpienia, zwraca uwagę ☺ Przy okazji dziękuję wszystkim za miłe słowa: "Jaką ma Pani śliczną torebkę" 👜 Zawsze odpowiadam: "Wiem, dziękuję" ☺


archiwum prywatne 

Kochani, po raz setny zachęcam aby nie czekać na żadne "wyjątkowe" momenty, bo takie nie istnieją. Życie jest cudowne, piękne, fascynujące, ale jest też bardzo kruche. Nie czekajmy na odpowiedni moment, żeby komuś sprawić przyjemność - TU i TERAZ 💛 Nie znam chyba żadnej kobiety, która by się nie ucieszyła na widok ładnej torebki... Zbliżają się wakacje...Warto zrobić coś miłego dla kobiet, które są nam bliskie ☺


archiwum prywatne 

I znowu będę zachęcać do tego aby zadbać o samą siebie. Czy ktoś powiedział, że samej sobie nie możemy kupić torebki? ☺💛 Zakupy dają szczęście... 👜👈


💌

artykuł promocyjny

niedziela, 9 czerwca 2024

Bracia, módlcie się za nami...

Bracia, módlcie się za nami...

Kochani, dzielę się z Wami poruszającymi wspomnieniami braci o zamordowanych misjonarzach - bł. O. Zbigniewie Strzałkowskim i bł.  O. Michale Tomaszku. Młodzi franciszkanie zostali zamordowani w dn. 9 sierpnia 1991 roku w Pariacoto. 

Rozmowa z rodzonymi braćmi błogosławionych misjonarzy męczenników była dla mnie ogromnym zaszczytem i ogromnie wzruszająca... Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz podczas wywiadu leciały mi łzy... 


Internet 


W święto św. Róży z Limy – w dn. 30 sierpnia 1989 roku, trzej misjonarze krakowskiej Prowincji Franciszkanów: o. Jarosław Wysoczański, o. Zbigniew Strzałkowski i o. Michał Tomaszek, oficjalnie rozpoczęli swoją misję w Pariacoto. 

Czy brat był świadomy niebezpieczeństwa? – Tak – odpowiada Marek Tomaszek, brat bliźniak o. Michała Tomaszka. – Nie da się nic więcej powiedzieć, bo jeżeli jest dokument, jeżeli były powiadomieni aby wyjechać, bo mogą być nieobliczalne skutki, to trzeba mieć świadomość, że obydwaj zdawali sobie sprawę z tego jakie konsekwencje może mieć pozostanie na misji z miłości do ludu, z miłości do tej miłości jaką przekazali im wszystkie wioski peruwiańskie – wyjaśnia Marek Tomaszek. 

Bracia ostatni raz na żywo widzieli się przed samym wyjazdem o. Michała do Peru. – Później już żeśmy się nie spotkali – mówi Marek Tomaszek. - Telefon to była niespodzianka od Michała dla mamusi. Kiedy umówiliśmy się z Michałem, zawiozłem mamusię do Krakowa, zeszliśmy na dół do refektarza, tam było połączenie. Mamusia nawet nie wiedziała kogo dostaje do telefonu, takie to było zaskoczenie. I to była jedyna nasza rozmowa z Michałem, ale czy jeszcze nie było jakiejś rozmowy to nie kojarzę... – wspomina brat o. Michała Tomaszka. 

Bogdan Strzałkowski również zwraca uwagę na fakt, że w czasie kiedy bracia byli na misji, kontakt z nimi był dość utrudniony, co dziś nawet trudno sobie wyobrazić. Bogdan Strzałkowski wspomina moment kiedy się dowiedział o decyzji brata. - Nigdy nie było mowy, że Zbyszek chce wstąpić do seminarium. Było dla mnie dużym zaskoczeniem kiedy byłem w wojsku i dostałem list z domu, w którym rodzice napisali, że Zbyszek idzie do zakonu – wspomina. – Decyzja Zbyszka była chyba dla wszystkich zaskoczeniem, bo sam nawet nie przyznał się nigdy do tego, że planuje pójść taką drogą – dodaje brat błogosławionego męczennika.     

Kilka dni wcześniej nic nie zapowiadało tragicznych informacji. - Dwa dni wcześniej w naszym domu był Jarek Wysoczański, mimo, że najpierw na urlop miał przyjechać Zbyszek. Ponieważ jednak siostra Jarka wychodziła za mąż, dogadali się między sobą, że najpierw przyjedzie Jarek, a później mój brat. Niby wszystko było w porządku, ale oni podjęli taką decyzję żeby nie informować nikogo w domu, że coś im grozi. Z prostego względu – żeby się nikt nie martwił – wspomina Bogdan Strzałkowski. – Kiedy zapytałem Jarka o terrorystów, odpowiedział, że skoro interesuję się tym tematem to powie mi, że już im grożono... – dodaje. 

- W sobotę do południa przycinaliśmy drzewo, żeby mieć na opał zimą. Pamiętam, że wtedy przyjechało do nas trzech franciszkanów. A wiadomo, że jak przyjechało ich trzech, to coś się stało... – wspomina Bogdan Strzałkowski. – Z początku mówili coś ogólnie, a później powiedzieli co się stało. To był straszny szok... bo nikt się nie spodziewał. Tym bardziej, że dwa dni wcześniej był Jarek, i niby było wszystko w porządku...              

Jak to jest mieć brata bliźniaka, który jest błogosławiony? – Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście, że się modlę za wstawiennictwem Michała. Nawet nie tyle, że się modlę, co rozmawiam z nim tak jak z panią teraz. Rozmawiam sobie z Michałem na zasadzie, że skoro tam już siedzisz to nie bądź na bezrobociu, tylko coś rób.   

- Może nie zawsze jest to doskonała modlitwa, ale oczywiście, że się modlę za wstawiennictwem mojego brata – mówi Bogdan Strzałkowski. – Kilka lat temu byłem w takiej sytuacji, że nie miałem pracy. Spotkałem koleżankę, z którą kiedyś pracowałem, zapytała jak się układa w moim zawodowym życiu. Opowiedziałem jaka jest sytuacja, na co koleżanka odpowiedziała: bo się kiepsko modlisz – wspomina brat błogosławionego męczennika. 

Bracia zamordowanych męczenników zawsze mają przy sobie relikwie błogosławionych braci. - W tej chwili już się oswoiłem z tym, że ktoś prosi o relikwie mojego brata. Staram się zawsze mieć przy sobie kilka obrazków z relikwiami II stopnia. Zawsze zaznaczam, że jeżeli ktoś potrzebuje relikwie to je dostanie. Czasami spotykam też takie osoby, którym chciałbym dać relikwie, ale mówią wprost, że szanują brata, ale nie są zainteresowane relikwiami – mówi Bogdan Strzałkowski.       

- Czasem siedziałem przy oknie, patrzyłem, czekałem nie wiadomo na co... To znaczy, wiadomo na co... ale to już było pewne, że ten czas nie wróci... – wspomina Bogdan Strzałkowski. - Bardzo mile wspominam dzień po beatyfikacji, w którym była uroczysta Msza Święta w Pariacoto. To było dla mnie wyjątkowe przeżycie, wyjątkowa uroczystość... – dodaje.   

O. Michał Tomaszek i o. Zbigniew Strzałkowski to pierwsi polscy błogosławieni misjonarze męczennicy, którzy przez śmierć męczeńską dali świadectwo swojej wiary. O. Michał został zabity strzałem w tył głowy, a o. Zbigniew dwoma strzałami w kręgosłup i w głowę. 


___
Źródło: aleteia.pl  

piątek, 7 czerwca 2024

Błogosławieni misjonarze męczennicy z Pariacoto

Błogosławieni misjonarze męczennicy z Pariacoto

- Normalnie jak ktoś umiera to bierzemy różaniec, książeczkę i modlimy się za zmarłego. A tamci ludzie nie modlili za braci, tylko przez ich wstawiennictwo. To był pierwszy znak dla Kościoła, że ci nasi bracia byli wyjątkowi. Ludzie przyprowadzali swoje dzieci, chcieli aby się dotknęły ciał misjonarzy - mówi br Jan Hruszowiec - promotor kultu męczenników z Pariacoto.


Meczennicy.Franciszkanie.pl 

Proszę Brata, 7 czerwca mamy liturgiczne wspomnienie braci męczenników. Jak w tym roku będziemy świętować? 

- W tym roku w dniu 7 czerwca – poza liturgicznym wspomnieniem pierwszych polskich misjonarzy męczenników – bł. Zbigniewa Strzałkowskiego i bł. Michała Tomaszka, przypada Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zawsze w drugi piątek po Bożym Ciele jest ta uroczystość, dlatego w tym roku niejako „przysłania” naszych braci męczenników, ale wcale nie przeszkadza w tym, aby każdy osobiście mógł w sposób szczególny ich wspominać i prosić o łaskę. 

Tegoroczny 7 czerwca niech będzie pewnego rodzaju wigilią przed tym, co czeka nas w przyszłym roku – dziesiąta rocznica wyniesienia ich na ołtarze. Przypomnijmy, że bracia zginęli 9 sierpnia 1991 roku, w Pariacoto. Oddali życie za wiarę. Zostali zabici przez skrajnie komunistyczną partię terrorystyczną z ugrupowania Świetlisty Szlak (hiszp. Sendero Luminoso). Na ołtarze zostali wyniesieni w dniu 5 grudnia 2015 roku. 

Co znaczy śmierć męczeńska?

- Śmierć męczeńska jest ogromnym darem w Kościele, pomimo, że kojarzy się z krwią. Jeśli Bóg kogoś powołuje do męczeństwa to w jakiś sposób go przygotowuje. Być może nikt z czytelników nie dostąpi takiego momentu, że będzie musiał oddać życie za wiarę, chociaż... patrząc na to, co się dzieje w świecie – można się wszystkiego spodziewać, ale bądźmy spokojni – Pan Bóg przygotowuje na taką śmierć. 

Jak było z tym przygotowaniem na śmierć męczeńską w przypadku braci?

- Zbyszek i Michał mieli przygotowanie do męczeńskiej śmierci. Świadkowie mówią, że im bliżej była data męczeńskiej śmierci – oni stawali się coraz bardziej pokorni, jak baranki, „schodziło” z nich napięcie. Ludzie bardzo często widzieli tych naszych braci na indywidualnej adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Kiedy Zbyszek przychodził na adorację to było widać, że pot z głowy się lał, że prowadził jakiś dialog. Z kaplicy wychodził zdenerwowany, przeszedł się kawałek, wrócił z powrotem. Było widać, że coś w nim się dzieje.     

Zbyszek miał taki zwyczaj, że lubił wejść do kuchni, zobaczyć co się gotuje, podnosił pokrywki, zawsze zażartował sobie z kucharką. Na trzy dni przed śmiercią zobaczył, że kucharka jest smutna. Zapytał się jej dlaczego jest taka smutna. Powiedziała: Proszę Ojca, a można wierzyć w sny? Wtedy Zbyszek odpowiedział: No wiesz, są sny od Pana Boga, czytamy o nich w Biblii, ale są też zwykle sny. Powiedz co Ci się śniło. Ona wtedy odpowiedziała, że Pan Jezus, który był ukrzyżowany zszedł z krzyża i włożył na siebie zakrwawioną koszulę Michała. Wtedy Zbyszek jej przerwał: Nic się nie bój, niczego się nie lękaj. Tu się będą dziać wielkie rzeczy, ale pamiętaj, że cokolwiek się stanie – chcemy być tutaj pochowani. Te słowa Zbyszka zakon uznał jako testament, dlatego zostali pochowani w Pariacoto. 

Mówi brat o przygotowaniu o. Zbigniewa. Co wiemy o o. Michale? 

- Niedaleko Pariacoto jest miejscowość Quaras. Michał w dniu 9 sierpnia otrzymał łaskę przeżycia trzech największych ofiar, których chrześcijanin może doświadczyć. To jest ofiara samego siebie, Ofiara Eucharystyczna i ofiara życia.    

Michał miał wielki talent jeśli chodzi o relacje z dziećmi, dlatego też jest patronem dzieci i młodzieży. Pojechał do Quaras, i tam był w pomieszczeniu na drugim piętrze. Żeby zejść na podwórko to trzeba było iść po schodach, innej możliwości nie było. Między pierwszym a drugim piętrem była kuchnia. W kuchni wybuch pożar – zapaliła się butla gazowa i ogień zajął cały korytarz. Nie było szans zejść z góry żeby nie wejść w ogień. Michał znalazł stary koc, wyrwał ze ściany na drugim piętrze bojler – zbiornik z wodą, rozlał obficie wodę po kocu, który wziął do ręki, osłonił się nim i poszedł w ten ogień. W tym momencie ogień buchał w zmoczony mocno koc, a wszystkie dzieci wyszły bezpiecznie na podwórko. Wtedy rzucił ten koc i uciekł. Wtedy już rano mógł liczyć się z tym, że tego może nie przeżyć... Później wrócił do Pariacoto, gdzie miał najważniejszą ofiarę – Ofiarę Eucharystyczną. W tym dniu była czytana Ewangelia wg św. Marka: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Mk 8, 35-36). 

Trzecią ofiarą była ofiara oddania życia za wiarę, Zbyszka i Michała. To jest niesamowite jak w samym tym dniu Bóg ich przygotowywał. Ofiara z siebie samego, czyli oddanie się totalnie tym, do których jest się posłanym...        

Bracia chyba nikomu nie wchodzili w drogę, robili to, co do nich należało. Dlaczego zostali zamordowani? 

- Jako kapłani przyjechali do swoich owiec, więc przede wszystkim robili to, co należy do kapłanów – odprawiali Msze Święte, modlili się na różańcu, udzielali sakramentów świętych. Robili dokładnie to, co robi każdy kapłan - ewangelizowali. Teren parafii, na której posługiwali ma ponad 1000km2. Mieli do obsłużenia ponad siedemdziesiąt wiosek, do których musieli dotrzeć, a nie wszędzie była możliwość dojazdu samochodem. Tamtejsi ludzie – Indianie Andyjscy, mają z natury tak, że potrzebują kilka lat zanim do białego człowieka powiedzą „ty jesteś nasz”, a w przypadku Zbyszka i Michała ludzie już po dwóch, trzech miesiącach przyjęli ich jako swoich. 

O czym to świadczy? 

- Świadczy to o tym, że nasi męczennicy byli rzeczywiście pasterzami, którzy pachnęli swoimi owcami, czyli oddali się w pełni. Jest to sprawa duchowa. Natomiast druga sprawa jest taka, że oni bardzo pomagali tamtym ludziom w pracach fizycznych. Byli – jak mówi przysłowie: „Do tańca i do różańca”. Są takie zdjęcia, na których widać jak Zbyszek podaje cegły, pustaki... Zbyszek sprowadzał też leki. 

W tamtym czasie w Pariacoto nie było wody pitnej. Kobiety musiały chodzić godzinę w górę, żeby przynieść dwadzieścia litrów wody. Zbyszek miał zmysł techniczny, zrobił jakieś kaskady, że woda zaczęła spływać do Pariacoto. Bracia robili różne projekty, zakładali szkoły – pracowali z dziećmi i młodzieżą, zbudowali instalację wodną i kanalizację. Byli bardzo zaangażowani. Prowadzili działalność duszpasterską i dobroczynną. Ich działania w pewnym momencie nie spodobały się terrorystom. 

Z jakich powodów?   

- W pewnym momencie bracia zdobyli autorytet. Ludzie przestali chodzić na tzw. „szkółki partyjne”, gdzie terroryści mówili tylko o zabijaniu. Bracia mówili natomiast o miłości, pokoju, o przebaczeniu. Pamiętajmy, że terroryści byli tak agresywni, że w ciągu dziesięciu lat zamordowali siedemdziesiąt tysięcy niewinnych ludzi – głównie autorytety, tych, którzy mieli coś do powiedzenia. Ich parcie na rewolucję w kraju było tak mocne, że nawet i męczennicy – bracia, którzy tam pracowali, zaczęli im przeszkadzać.

Bracia byli świadomi niebezpieczeństwa? Dostawali listy z pogróżkami?             

- W Wielki Czwartek 1991 roku Michał znalazł list na ołtarzu. W liście terroryści napisali: „Jeśli nie przestaniecie odprawiać Msze Święte, modlić się, uczyć różańca, jeśli nie przestaniecie pomagać, współpracować z imperializmem, to zginiecie”. Tydzień przed śmiercią przyjechał biskup, który mówił braciom, aby może wrócili do Polski, a jak się uspokoi sytuacja to wrócą do Pariacoto... Wtedy Zbyszek miał powiedzieć: Nam przełożeni kupią bilet, wrócimy w ciągu dwóch/trzech dni i wszystko będzie OK, ale co z tymi ludźmi, do których przyjechaliśmy... więc zostajemy. Przyjdą terroryści, będziemy rozmawiać. 

I przyszli...

- Przyszli 9 sierpnia 1991 roku. Po Mszy Świętej wyprowadzili Zbyszka i Michała. Całe wydarzenie opisuje s. Berta, która była świadkiem uprowadzenia i wywiezienia braci przez terrorystów, na miejsce egzekucji. Wywieźli ich za miasto i później rozstrzelali w sposób bolszewicki, rzucając na kolana. Michał dostał strzał w głowę. Zbyszek najpierw w plecy, później w głowę. 

Może nie jeden się teraz zastanawia czemu zostali... przecież tak jak im powiedział biskup, mogliby wrócić gdyby się poprawiła sytuacja?

- Ktoś może nawet powie, że frajerzy – zostali, ale właśnie... Bóg widzi inaczej. Z siedemdziesięciu miejscowości na 1000m2 ludzie zaczęli schodzić do kaplicy. Jakoś się dowiedzieli, że bracia zostali zamordowani, a w tamtych czasach przecież nie było telefonów komórkowych. Mimo to informacja po całej ich parafii przeszła jak błyskawica. Ludzie przychodzili do kapliczki, gdzie na zakrwawionych prześcieradłach leżały ciała młodych franciszkanów. I tu się stał pierwszy cud, tzw. Vox populi – głos ludu Bożego. Normalnie jak ktoś umiera to bierzemy różaniec, książeczkę i modlimy się za zmarłego. A tamci ludzie nie modlili za braci, tylko przez ich wstawiennictwo. To był pierwszy znak dla Kościoła, że ci nasi bracia byli wyjątkowi. Ludzie przyprowadzali swoje dzieci, chcieli aby się dotknęły ciał misjonarzy.         

Aż trudno to wszystko pojąć... 

- Następny cud wydarzył się w trzecim dniu, gdzie nie tak dawno się okazało, że terroryści mieli tzw. Plan „B” – chcieli wysadzić w powietrze kaplicę i drogę pogrzebową. Chcieli wszystkich zabić. Nie wybuchła żadna bomba, aż sami terroryści byli w szoku. Pogrzeb był wielką manifestacją: „Dość tego, co się dzieje w Peru!”.  Rząd oczyścił struktury, wojsko, policję, urzędy. W ciągu dwóch/trzech lat aresztowali wszystkich najważniejszych terrorystów i terroryzm ustał. To zawdzięcza się wstawiennictwu naszych polskich misjonarzy męczenników.         


___
Źródło: PCh24.pl  

niedziela, 2 czerwca 2024

[WYWIAD] Chrystus karmi nas swym Słowem i Ciałem, byśmy mogli żyć pełnią życia

[WYWIAD] Chrystus karmi nas swym Słowem i Ciałem, byśmy mogli żyć pełnią życia

Chrystus, ustanawiając ten sakrament, dał nam możliwość uczestnictwa w Jego Męce i Zmartwychwstaniu. Podczas każdej Mszy Świętej karmi nas najpierw swoim Słowem, aby poruszyć serce, a następnie udziela nam Siebie, abyśmy zostali umocnieni, abyśmy mogli przy Nim trwać, abyśmy mogli żyć pełnią życia w Nim - przypomina Ks. Jarosław Ciuchna - proboszcz parafii pw. św. Antoniego w Sokółce, Kustosz Sanktuarium Najświętszego Sakramentu, Wicedziekan Dekanatu Sokółka. 


Fot.: Sanktuarium Najświętszego Sakramentu w Sokółce 

Proszę Księdza, jedne z symboli chrześcijaństwa są bardziej znane, inne – mniej, ale wszystkie są ważne i potrzebne. Jaką rolę odgrywają?  

- W przestrzeni wiary, podobnie jak w codziennym życiu, człowiek posługuje się symbolami. Potrzebuje ich, aby lepiej zrozumieć, mocniej przylgnąć lub po prostu pamiętać, żeby nie zapomnieć. Kościół posługując się różnymi symbolami przypominającymi o Jezusie Chrystusie – obrazy, figury, krzyż - daje wierzącym narzędzie do lepszego poznania Zbawiciela. Poprzez widoczne znaki i symbole można zbliżyć się do największych tajemnic naszej wiary. Podobnie czynił sam Chrystus podczas nauczania i przepowiadania. Posługiwał się symbolami i znakami żeby słuchacze mogli lepiej zrozumieć prawdy objawione: 

- „Kto mnie widzi, widzi także i Ojca” (J 14,9)

- „To jest chleb, który z nieba zstąpił - nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,58)

- „Jezus dał im taką odpowiedź: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo». Powiedzieli do Niego Żydzi: «Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?» On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus”. (J 2, 19-22)

- „…A Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I wciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim”. (Łk 5, 10-11)

Ze wszystkich naszych świętości jedna jest jednak największa - to Najświętszy Sakrament. Niczego nie ujmuję świętości pozostałych sakramentów ani tym bardziej Pisma Świętego. Ale ta obecność, z którą mamy do czynienia w Eucharystii, nie da się porównać z żadną inną. Jest bowiem obecnością „prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną” (por. KKK 1374), które podkreślają realną obecność Zbawiciela. 

Czasami nawet w rozmowach dorosłych można usłyszeć, że ksiądz podczas Mszy Świętej pije wino... 

- Konsekrowana hostia i konsekrowane wino nie jest hostią ani winem, lecz Ciałem i Krwią Chrystusa. Istnieją zatem tylko widoczne dla nas postacie chleba i wina, substancjalnie jednak pod tymi znakami jest obecny cały Jezus Chrystus - Bóg i Prawdziwy Człowiek Zmartwychwstały. Eucharystia jest największym darem i cudem, gdyż uobecnia się w Niej tajemnica męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

Ojciec Święty Jan Paweł II pisał, że „Człowiek, ażeby osiągnąć życie wieczne, potrzebuje Eucharystii. Jest to pokarm oraz napój, który przemienia życie człowieka i otwiera przed nim horyzont życia wiecznego”. Tak trudno niekiedy to zrozumieć...   

- Warto też sobie uzmysłowić fakt, że określenie „Najświętsza” nie wyczerpuje w żaden sposób omawianej tematyki. To tylko mizerna próba zrozumienia, czym jest ta nasza największa tajemnica naszej wiary. Jako stworzenie możemy jedynie przyjąć z miłością ten wielki dar obecności Miłości Bożej. Boże Tajemnice są tak głębokie i niepojęte, że możemy się do nich jedynie zbliżyć i przyjąć, ale nie sposób ich dogłębnie poznać.

Eucharystia to sakrament, który ma nam nieustannie przypominać o Bożej obecności wśród nas? 

- To wielki dar miłości Bożej, który ustanowiony podczas Ostatniej Wieczerzy, wypełnił się przez śmierć i chwalebne zmartwychwstanie naszego Zbawiciela. Chrystus ustanawiając ten sakrament dał nam możliwość uczestnictwa w Jego męce i zmartwychwstaniu. Podczas każdej Mszy Świętej karmi nas najpierw swoim Słowem, aby poruszyć serce, a następnie udziela nam Siebie, abyśmy zostali umocnieni, abyśmy mogli przy Nim trwać, abyśmy mogli żyć pełnią życia w Nim. 

Z drugiej strony – nie tak łatwo wcale dziś, kiedy w stolicy naszego kraju są zdejmowane krzyże – mówić o swojej wierze, bo można również i przez wyznanie wiary w Chrystusa zostać wyśmianym, „stracić” znajomych, z którymi fajnie spędzamy czas... Czy naszą wiarę widać?  

- Trzeba zrobić wszystko, aby wiary swojej nie osłabiać i lekkomyślnie nie narażać się na jej utratę. Wiarę – obok nadziei i miłości – otrzymaliśmy w darze od Boga w momencie chrztu świętego. Praktykę wiary uczyli nas wprowadzać w życie nasi rodzice, dziadkowie i babcie. Na wszystkich etapach życia było, jest i będzie aktualne „…wiarę swoją mężnie wyznawać, bronić jej i według niej żyć”. Bez szacunku do rzeczy świętych nie można mówić o wierze. O żadnej wierze. 

Co się z nami dzieje, że nie potrafimy czy nie chcemy okazać należnego szacunku Jezusowi Eucharystycznemu? 

- W ubiegłym roku obiegło sieć nagranie z parafii Ossanesga w diecezji Bergamo (Włochy), w którym ksiądz postanowił dać naczynie do rozdzielania Eucharystii małej dziewczynce. Kilkuletnie dziecko udzielało Komunii Świętej wiernym. Fakt ten wywołał wielkie poruszenie i wcale nie dziwię się. Pośpiech, nonszalancja czy brak wyobraźni? A może wszystkiego po trochu? Poprzez takie postępowanie można zniechęcić i spłycić to, co dla ludzi wierzących jest najważniejsze podczas Eucharystii – prawdziwe spotkanie z Chrystusem w Komunii Świętej.

Dlaczego Msza Święta jest taka ważna? 

- Ojciec Święty Jan Paweł II w swoich homiliach i przemówieniach, a szczególnie w encyklice „Ecclesia de Eucharistia”, pragnął abyśmy uczyli się prawdziwego szacunku i zachwycili się darem Eucharystii, gdyż Msza św. nie jest jednym z wielu cennych darów, ale jest to dar największy, jaki otrzymaliśmy od Chrystusa. Eucharystia jest „…źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego. W Niej bowiem zawiera się całe dobro duchowe Kościoła” (EE 1).

Kilka dni temu wyszliśmy na ulice naszych miast z Jezusem, w procesji na Boże Ciało. I wcale nie szła tylko garstka starszych ludzi, ale często wręcz – tłum. Idziemy, bo wierzymy, że nasz Zbawiciel żyje. Później chyba trochę - z różnych względów, ta nasza wiara w Jezusa słabnie, co przekłada się na naszą obecność podczas Mszy Świętych w „zwykłą” niedzielę?  

- Przeszkodą na drodze wiary w Chrystusa i Jego obecności w Eucharystii jest zadziwiający zwyczaj wielu polskich katolików, którzy „uczestniczą” we Mszy św. przed kościołem albo przy murze kościelnym. Obok ołtarza wolna przestrzeń, a ludzie cisną się pod chórem lub za drzwiami. W polskich kościołach im dalej od Chrystusa tym większy tłok, im dalej od ołtarza tym ciaśniej. Jest to całkowicie niezrozumiałe z punktu świadomego uczestnictwa we Mszy św., czyli minimum, które trzeba spełnić, aby zadość czynić powyższemu obowiązkowi. Byłoby to jednak bardzo smutne, gdybyśmy tak ważne spotkanie z Chrystusem ograniczyli jedynie do bezwzględnego obowiązku.

Co powinniśmy zrobić? 

- Do tego, aby przeżywać głębię spotkania z Chrystusem potrzeba przed wszystkim pełnego uczestnictwa we Mszy św., czyli przyjmowania Ciała Pańskiego: „Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 53-54).

Czy naprawdę to za mało żeby wreszcie uwierzyć i żyć? Nie tylko tutaj na ziemi, ale przede wszystkim w wieczności. Przecież to jest nasz cel – spotkać Chrystusa w wieczności.


___

Źródło: PCh24.pl  

Copyright © 2016 Niedoskonala-ja.pl , Blogger