Mamo, Marek nie żyje. Wspomnienie o ŚP. Ks. Marku Rybińskim

Ks. Marek w Tunezji pracował prawie cztery lata. Uczył w szkole, muzułmańskie dzieci. Wspominał, że są tłumy do szkoły, którą – jak wszyscy wiedzą – prowadzą chrześcijanie. Podkreślał, że jest szczęśliwy. - Był zakochany w tym kraju – mówi Barbara Rybińska, mama.


Ile razy przyjeżdżał do domu – prawie nie miał czasu dla najbliższych, ale w pierwszej połowie sierpnia 2010 roku było inaczej. Misjonarz spędził w rodzinnym Szczecinku kilkanaście dni. Wszystko przez kontrakt, który się skończył i trzeba było podjąć decyzję co dalej. - Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości co do tego, że to wszystko było ułożone w piękny plan. Piękny w tym sensie, że najpierw Marek był w domu, a później my byliśmy dziewięć dni u niego – wyjaśnia mama.

Misjonarz prowadził bardzo aktywne życie. Z kolegami zrobił film i dostali za niego nagrodę finansową. – Miał pragnienie, aby za część pieniędzy, mogli przyjechać do niego rodzice. - Dla nas była to duża niespodzianka. Chciał abyśmy zobaczyli jak pracuje, gdzie żyje – wyjaśnia.

- Pierwsze doświadczenia z pobytu w Tunezji były niesamowite. Niezwykle serdeczni, przyjaźni ludzie. Po dwóch dniach byłam zakochana w tym kraju. Czasem patrzyłam przez okno na plac boiska. Marek obwieszony był dziećmi jak winogrono – wspomina z uśmiechem mama.

Serdeczni ludzie, a to właśnie jeden z nich zamordował Ks. Marka. – Kiedy byliśmy z mężem w Tunezji, lubiłam siedzieć w ogrodzie. Z widokiem na te drzwi... – wspomina. Po raz ostatni współbracia widzieli ks. Marka 17 lutego 2011 roku. W związku z tym, że nie przyszedł na wieczorną i poranną liturgię - zawiadomili policję. Ciało misjonarza z poderzniętym gardłem znaleziono w piątek. Zabójcą był Tunezyjczyk, który pracował jako stolarz w szkole prowadzonej przez salezjanów.

- Musiałam go widzieć, ale nie znałam pracowników. Widziałam człowieka, który zachodził do pomieszczenia, w którym to się stało. Kiedy dowiedziałam się o śmierci syna zrozumiałam, że w każdej nacji są dobrzy i źli ludzie. Nie mogę mieć pretensji do całego kraju – mówi.

- Pamiętam, że robiłam coś w kuchni. Młodsza córka dostała SMS od starszej córki, z pytaniem: Co się u Was dzieje, bo dostaję SMS z wyrazami współczucia? Po chwili powiedziała: Mamo, ja też takie SMS dostałam. Zrobiłyśmy szybki przegląd tych, którym mogłoby się coś stać. Nikt nie pomyślał o Marku... – wspomina. - Z piętnaście minut później do córki zadzwoniła koleżanka. Krzyknęła: Co Ty mówisz! Nigdy nie zapomnę jej oczu... Popatrzyła na mnie i powiedziała: Mamo, Marek nie żyje.

Dlaczego stolarz zamordował polskiego księdza? - Miał jakieś motywy do tego, co zrobił  – mówi mama.  - Miał dwoje dzieci, nie miał pracy, nie płacił alimentów. Żona zabroniła mu kontaktować się z dziećmi. Marek chciał mu pomóc – tłumaczy. Duchowny zaproponował, aby stolarz zrobił ławki. Dał pieniądze, aby zapłacił za materiały. Kiedy misjonarz pojechał je odebrać – okazało się, że nikt nie wpłacił pieniędzy.

- On się nie upominał o pieniądze, ale jemu zależało na rozwiązaniu problemu. Wiem, że Marek  nigdy nie postąpiłby w nieludzki sposób – mówi mama. - Uważam, że czyn, którego dopuścił się tamten mężczyzna był spowodowany tym, że Marek był katolickim misjonarzem. Groził mu już wcześniej.

- Jest mi trochę żal tego człowieka. On przegrał wszystko. Przez jakiś czas uważałam siebie za nie normalną. Sama się dziwię, jak mogę nie mieć do niego nienawiści za to, co zrobił. Nienawiść bardziej niszczy tych, którzy nienawidzą. Nie chciałam dać mu szansy, aby jeszcze bardziej skrzywdził naszą rodzinę – tłumaczy mama. – Do dziś nie przechodzi mi przez gardło to, co zrobił. 

W Tunezji nie chodził w sutannie, za to, kiedy przyjeżdżał do Szczecinka i szedł z mamą do kościoła – zakładał sutannę. - Byłam tak bardzo z niego dumna! – mówi Pani Barbara. I dodaje, że zawsze miała wielki szacunek do księży. Prymicje syna wspomina ze wzruszeniem - Było to dla mnie niesamowite, że krew z mojej krwi, kość z mojej kości stoi przed ołtarzem, i że wolno mu tam stać. Kiedy widziałam go przed ołtarzem byłam bardzo dumna – wspomina mama misjonarza. 

Morderca misjonarza dostał dożywocie. - Z tą świadomością, co zrobił to będzie żył on - nie ja – dodaje mama. - Marek był dobrym człowiekiem, nikomu nie zrobił krzywdy. Nie było opcji, żeby nie zadzwonił na Dzień Matki, Boże Narodzenie, Wielkanoc, moje imieniny. Wielkanoc... czekałam na jeden telefon, bo ciągle mi go brakowało. Uparcie czekałam, mimo, że miałam świadomość, że się go nie doczekam. Minęło siedem lat i to w mojej świadomości już się zakodowało, że nie będzie tego telefonu. Wierzę, że Marek jest. Ogromną mam nadzieję, że go jeszcze zobaczę – dodaje.


Wiadomość o zabójstwie misjonarza wstrząsnęła całym światem. Potępiło je także główne ugrupowanie islamistów w Tunezji. Jego ciało spoczywa w grobowcu salezjanów na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. Ks. Marek miał zaledwie 34 lata.

Źródło: Tygodnik Idziemy  
Fot. Archiwum prywatne Państwa Rybińskich  


Pamięci Ks. Marka 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Niedoskonala-ja , Blogger