[WYWIAD] Edyta Geppert: Kocham Cię, życie!

27 stycznia wieczorem w kościele na Karolkowej odbył się niezwykły koncert w wykonaniu Edyty Geppert. To, co zrobiło na mnie duże wrażenie - mnóstwo ludzi, którzy nie mieścili się w świątyni. Po koncercie miałam przyjemność porozmawiać chwilkę z Panią Edytą...   


Fot. Materiały prasowe 

Do jakich wspomnień z dzieciństwa lubi Pani najbardziej powracać?

Najchętniej wracam do tych związanych ze szczęśliwymi chwilami.

Czym jest szczęście? Co je Pani daje?

Mam nadzieję, że nie oczekuje Pani ode mnie uniwersalnej recepty. Na swój prywatny użytek uważam, że szczęściem jest brak nieszczęścia.

A śpiew?

W moim przypadku to próba nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem.

Ma Pani takie poczucie, że po Pani koncertach ludzie chcą stawać się lepsi?

Tak naprawdę to nie wiem, co się dzieje po koncertach z moimi słuchaczami. To ich trzeba by było o to zapytać. Mam nadzieję, że czasu, który razem spędziliśmy, nie uważają za stracony.

Po każdym koncercie jest wiele osób, które chcą się z Panią spotkać…

To mnie z jednej strony cieszy, a z drugiej krępuje. Cieszy, bo stanowi dla mnie dowód, że to, co robię, jest ważne nie tylko dla mnie. A krępuje, bo w życiu prywatnym jestem osobą nieśmiałą.

Co daje Pani energię do dalszego działania?

Chyba to, że kocham robić to, co robię.

Podczas Pani koncertu w warszawskim kościele św. Klemensa były tłumy. Ojciec, który posługuje w parafii, powiedział, że tak dużo ludzi było ostatni raz na Mszach Świętych za ojczyznę w stanie wojennym...

To miłe, zważywszy na to, że ludzie dziś mają dużo więcej możliwości spędzania czasu niż wtedy.

Wtedy rozpoczęła Pani karierę zawodową, w latach 80. Co wtedy było najtrudniejsze dla artystki?

Mogę mówić tylko o sobie. Dla mnie – znalezienie repertuaru odpowiedniego, godnego czasu, w którym przyszło mi debiutować. Przypominam, że czasy były smutne i momentami dramatyczne.

Jak wspomina Pani swój pierwszy koncert?

Był nim recital dyplomowy w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie w czerwcu 1983 r. Miałam ogromną tremę, bo na widowni byli, oprócz profesorów i uczniów ze szkoły, znamienici goście, m.in. Wojciech Młynarski. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło – otrzymałam dyplom z wyróżnieniem.

Dlaczego wybiera Pani czarny kolor ubioru na scenie?

Bo pozwala skupić się zarówno mnie, jak i słuchaczom.

Śpiewała Pani również rap. Czy rap bez przesłania ma sens?

Moje śpiewanie rapu było żartem zahaczającym o parodię pewnej znanej wykonawczyni. Pytanie o sens należało by chyba skierować do tych, którzy zajmują się rapem na poważnie. Ja się tylko bawiłam tą formą.

Połączyła Pani życie prywatne i życie zawodowe, czyli jednak się da? I to życie, w którym prawie nie ma miejsca dla mediów...

Ktoś powiedział, że prywatność bardzo łatwo sprzedać, ale bardzo trudno ją potem odzyskać. To mnie przekonuje.

Czego nauczyło Panią macierzyństwo?

Tego, że w życiu są sprawy ważne i mniej ważne. Narodziny mojego syna to najważniejsze wydarzenie w moim życiu.


A kobiecość – jak ją Pani rozumie, wypełnia?

Nie zastanawiałam się nad tym. Nie bardzo umiem odpowiedzieć – chyba nawet samej sobie – co to jest i jak widzę swoją kobiecość. Czy to jest świadomość siebie i poczucie własnej wartości? Czy za nią idą jakieś przywileje, czy powinności? Dopiero wtedy, gdybym znała satysfakcjonujące mnie odpowiedzi na te pytania, mogłabym odpowiedzieć, czy ją wypełniam.

Czego nauczyła się Pani od mamy?

Zachowania pogody ducha w trudnych momentach mojego życia.

Nie ma Pani wrażenia, że dzisiejsze kobiety są smutne, jakby mniej szczęśliwe?

Ponieważ żyję tu i teraz, nie wiem, z kim miałabym porównywać smutek i stopień szczęśliwości dzisiejszych kobiet. Jaką skalą to mierzyć? Kobiety idące Nowym Światem wydają mi się częściej uśmiechnięte, niż te np. żyjące na Szmulkach. A może odwrotnie – wszystko zależy od tego, kto to ocenia.

A co ze wsparciem, zaufaniem? Czy dziś mają one jeszcze wartość?

To są dobra zawsze cenione.

W show biznesie również? Jakie tam wartości królują?

Nie wiem, nie czuję się częścią show biznesu. Od lat z rozmysłem działam poza nim.

Dziś wszyscy, mimo braku relacji, nazywają się wzajemnie „przyjaciółmi”. Co jest dla Pani fundamentem przyjaźni?

Lojalność i wyrozumiałość. Bez nich przyjaźń nie istnieje.

Śpiewa Pani „Kocham Cię, życie (...) choć się marnie odwzajemniasz”... Za co kocha Pani życie?

Za to, że jest.

Ludzie, którzy odnoszą sukcesy, chcą być „wszędzie”, a Pani jednak rzadko udziela wywiadów…

Powtórzę za Sławomirem Mrożkiem: „Nie lubię mówić byle czego i byle jak”. A poza tym wszystko, co mam do powiedzenia publicznie, mówię ze sceny swoimi piosenkami.


Źródło: Tygodnik Idziemy

5 komentarzy:

  1. Piosenka swego czasu wpadła mi w ucho, ale o samej wykonawczyni wiedziałam niewiele... Ciekawy wywiad! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję 😊 Słowa piosenki takie prawdziwe... 😉

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowna kobieta o pieknym głosie i wrażliwości

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze ją lubiłam :-) Ale teraz rzadko ją można usłyszeć ...

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniała kobieta, cudowna artystka! "Och, życie kocham cię nad życie" mogłoby być moim życiowym hymnem, gdybym musiała zdecydować się tylko na jeden :) Pozdrawiam! Miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Niedoskonala-ja , Blogger