piątek, 14 sierpnia 2020

Św. O. Maksymilian Kolbe

W dniu 14 sierpnia Kościół obchodzi liturgiczne wspomnienie św. O. Maksymiliana Kolbe. To właśnie tego dnia 1941 roku - w wigilię uroczystości Wniebowzięcia NMP - zakonnik został dobity zatrzykiem fenolu. W 1971 roku papież Paweł VI dokonał beatyfikacji O. Maksymiliana. Jedenaście lat później - 10 października 1982 roku Ojciec Święty Jan Paweł II dokonał kanonizacji ojca Kolbe.



Kilkanaście lat temu poznałam jedynego bohatera słynnej ucieczki z KL Auschwitz - Kazimierza Piechowskiego. Zaprzyjaźniliśmy się, odwiedziliśmy i często rozmawialiśmy przez telefon... Podczas jednego z takich spotkań podpytałam Pana Kazimierza o ojca Kolbe... przypominam fragmencik wywiadu: 

Jak traktowano tak zwanych wrogów III Rzeszy?

Dni poprzedzające wybuch wojny były gorączkowe. W Tczewie mieszkało sporo obywateli mniejszości niemieckiej. Zaczęli być butni, zaczepiali Polaków na ulicy. Przygotowywali też wcześniej wykazy tak zwanych niebezpiecznych Polaków, wrogów Rzeszy Niemieckiej. Machina gestapowska i tak zwana V kolumna już działały. Wiedzieli kogo zamknąć i jak najszybciej unicestwić. Wyławiali inteligencję, członków różnych związków i organizacji. Początkowo aresztowanych więziono w szkołach. Tczewskie koszary były największym miejscem kaźni tczewian - tortur oraz masowego mordu. Na placu koszarowym rozstrzeliwano dzień po dniu nauczycieli, prawników, urzędników państwowych, księży... Również harcerzy, którzy przecież mogli Niemcom zrobić najwięcej niespodzianek. Tropiono nas, wyszukiwano i rozstrzeliwano. Codziennie rozstrzeliwano kolejnych. Dziś można zobaczyć ogromny kamień na obrzeżach parku w Tczewie, na którym widnieją nazwiska i stopnie harcerskie pomordowanych moich kolegów - druhów i druhenek. Walkę o wolność i niepodległość Polski tysiące harcerek i harcerzy przypłaciły śmiercią lub nieludzkimi cierpieniami w niemieckich obozach koncentracyjnych i w sowieckich łagrach.

Co się z Panem działo? Gdzie Pan przebywał?

Nie mogłem czekać aż mnie znajdą. Nie nocowałem w domu. Mieszkałem gdzieś w piwnicy, czy na strychu… Musiałem podjąć decyzję, znaleźć sposób na ocalenie. Był początek listopada 1939 roku. Razem z kolegą - Alkiem Kiprowskim, też harcerzem, postanowiliśmy uciekać na Węgry, bo dowiedziałem się, że z Węgier do Francji jest już łatwo się przedostać, a tam formują polskie oddziały wojskowe. Po różnych przygodach dotarliśmy między Cisnę a granicę z Węgrami. Wychodząc z lasu przecinamy drogę, by przejść do lasu po jej drugiej stronie. Pech. Zza zakrętu wyjechali na motocyklach esesmani. "Halt!" ("Stój!") "Skąd?" "Dokąd?" Rozmowa była krótka. Zabrali nas do Cisnej i dalej do Baligrodu, oddali w ręce Gestapo. Po pięciu dniach przesłuchań w stylu gestapo nie mogłem poznać Alka. Twarz jego to jedna bryła krwi. Przyznał się w końcu do zamiaru nielegalnego przejścia granicy. Tylko tyle. Usłyszeliśmy: "Właściwie powinniśmy was rozstrzelać, ale mamy dla was coś o wiele bardziej ciekawego". I zaczęło się. Na początek trzy miesiące więzienia w Sanoku. Potem wywieźli nas do Krakowa, na Montelupich. Na krótko. Głód potworny. I znowu transport pociągiem. Stanęliśmy w Bochni, stamtąd pędzili nas piechotą do Nowego Wiśnicza. Dawna posiadłość Lubomirskich, potem ciężkie więzienie. No i do roboty. Znalazłem się w grupie do rozbiórki kaplicy. Śliczna kaplica… Kazali nam to wszystko, co tam było - ołtarz, ławki, ambona, figury i obrazy świętych - wynosić na zewnątrz i łomami, siekierami to wszystko rozbijać, niszczyć... Pracowaliśmy tak na oczach esesmanów i straży więziennej, wywołując ich szyderczy śmiech. To była straszna praca...

Czy cały ten upiorny obóz budowali więźniowie?

To była nasza robota. Gdy nas przywieziono do Auschwitz, obóz składał się z trzech bloków prowizorycznie ogrodzonych płotem z drutu kolczastego. Były to budynki po koszarach artylerii Wojska Polskiego. Z potu i krwi więźniów stanął obóz z możliwością osadzenia w nim 200 tysięcy więźniów. Ponad 240 bloków i baraków. 38 podobozów. Powstały też wszystkie odpowiednie urządzenia techniczne, komory gazowe, krematoria… Po stokroć przeklęte piekło dwudziestego wieku. W tym czasie krematoria Auschwitz-Birkenau spalały dziennie około 5 tysięcy zwłok. Bywało i więcej. Dużo więcej. Krematoria nie nadążały. Wymyślono wtedy stosy palne. Dym z kominów krematoriów i stosów palnych dusił w gardle.

Miał Pan okazję spotkać się z O. Maksymilianem, więźniem numer 16670…

Zmieniłem blok. Już trzeci raz. O ile pamiętam należałem do bloku 14. Więźniowie tam jak wszędzie. Wynędzniali, głodni. Kilka razy zauważyłem przechodzącego do swej pryczy człowieka wyjątkowo spokojnego, wpatrzonego jakby w inny świat. Twarz pociągła, okulary w drucianej oprawie. Starszy już. Mógłby być moim ojcem - myślałem - pewnie jakiś rzemieślnik. Wróciłem do swojej pryczy i pytam swego sąsiada: "Kto to, ten w drucianych okularach?" "To ty nie wiesz?"- odpowiada. "Przecież wiesz, że od wczoraj tu jestem". "To ksiądz zakonny, ojciec Maksymilian". Pamiętam jak w pewną niedzielę, gdy pozwolono nam spacerować w brzozowej alei, spotkałem Ojca Kolbe. Gdy mijaliśmy się zatrzymał się i zapytał: "No jak tam?" Przystanąłem i odpowiedziałem: "Nie ma się czym chwalić". Położył mi rękę na ramieniu i powiedział: "Wiem, że jest ci ciężko, ale tu wszystkim nie jest łatwo. Pamiętaj - nadzieja, dopóki nadzieja..." I odszedł. W trudnych chwilach pamiętałem o tym, że nie można tracić nadziei. Nadzieja umierała ostatnia.

Wspomniał Pan o straceniu o. Kolbe. Co Pan pamięta z tego apelu?

Staliśmy na wieczornym apelu. Rozeszła się wieść, że jednego brak, i to z naszego bloku. Wiedzieliśmy, że taka rzecz nie ujdzie nam bezkarnie. W naszych szeregach zapanował strach. Było późno. Puścili nas na blok. Myślę, że tej nocy nikt nie spał. Dręczyła nas jedyna myśl: co będzie jutro? Nastało to jutro. Apel, wszystkie komanda rozeszły się do pracy, a my staliśmy - na baczność. Kończył się lipiec. Słoneczko grzało niemiłosiernie. Staliśmy i staliśmy. Słabsi padali. Wróciły komanda pracy. Wszyscy musieli być świadkami kary, jaka nas spotka. Do naszego bloku zbliżyli się esesmani z Lagerführerem Fritzschem na czele. Nie wiedzieliśmy, kto z nas nie stanie jutro na porannym apelu. Jeszcze nie wiedzieliśmy. "Zbieg się nie znalazł. Za niego zginie śmiercią głodową dziesięciu z was" - powiedział Fritzsch i wzrokiem obmacywał szeregi bloku, ciekawy, jakie zrobił wrażenie. A my staliśmy wyprężeni jak struny. Nawet najsłabsi dźwignęli głowy do góry, cherlawe piersi wysunęli do przodu, lecz nieposłuszne rozumowi ręce - drżały. Fritzsch wolno przechodził przed pierwszym szeregiem. W ręku trzymał pejcz, którym wolno, z premedytacją, wskazał pierwszego "wybrańca". "Ten!" - padło głośne, wyraźne, krótkie słowo, słowo śmierci. Esesmani wyciągnęli skazańca z szeregu. "Pierwszy szereg, pięć kroków naprzód marsz!" - padła komenda. Szereg wysunął się do przodu, a Lagerführer kontynuował swoje "dzieło". I znowu: "Ten!" Stałem w tym szeregu. Wzrok kata zatrzymał się na dwie, może trzy sekundy na mojej twarzy. Te sekundy były dla mnie wiecznością. Z wolna dochodziłem do siebie z radosną świadomością, że będę żył. Nie słyszałem i nie widziałem, jak dalej przebiegała wybiórka. Nie pamiętam, który to był szereg, może czwarty, a może piąty i znowu: "Ten!" Usłyszałem z jękiem wydzierające się z gardła słowa: "Jezus, Maria! Moje dzieci!" Kiedy ochłonąłem, wyraźnie zobaczyłem księdza. Spokojnego, wyprostowanego, stojącego przed Lagerführerem. "Chcę pójść na śmierć za jednego ze skazanych." Fritzsch był zupełnie zbity z tropu. Nie rozumiał o co chodzi. "Dlaczego?" - zapytał. "Stary i schorowany jestem. Nikomu niepotrzebny." "Za kogo chcesz umrzeć?" "Za tego kolegę" - wskazał ręką. - "On ma żonę i dzieci." "A ty, kto jesteś?" "Jestem księdzem katolickim." Przez chwilę panowała śmiertelna cisza. "Dobrze, idź!" Zginął ten, który znał wartość życia i cenę miłości. Ten, po twarzy bity. Ojciec Maksymilian Kolbe. Złożył swoje kości w miejscu największego bestialstwa ludzkiego i zarazem w miejscu największego heroizmu człowieczego.

W niedzielę, 20 czerwca 1942 roku razem z trojką kolegów zrobiliście Państwo coś, co wydawało się niemożliwe. Uciekliście w przebraniach SS-manów. Przebieg ucieczki wszyscy już dobrze znają, ale proszę powiedzieć - co było po ucieczce?

Poza nami nikt z obozu centralnego nie uciekł od pierwszego do ostatniego dnia istnienia obozu w Auschwitz. Po co myśleć skoro to jest niemożliwe? To, co było naprawdę niemożliwe stało się możliwe. Udało nam się uciec i pozostaliśmy do końca wojny wolni. Nie pomogła nagroda pół miliona złotych za pomoc w schwytaniu uciekinierów, nie pomogły specjalne grupy operacyjne SS, które szukały nas przez kilka tygodni na Podhalu. W Auschwitz pozostała nasza legenda. I wściekłość Niemców, że dali się oszukać. Po ucieczce w czerwcu 1942 roku kilku oficerów SS z KL Auschwitz-Birkenau wysłano na front wschodni. Rudolf Höss, komendant obozu, musiał złożyć oficjalny raport w tej sprawie w Berlinie.

Höss - komendant KL Auschwitz został skazany na śmierć. Co Pan czuł, kiedy się o tym dowiedział?

Czułem ulgę, że istnieje jednak na świecie jakaś sprawiedliwość, która dopada i takich ludzi, którzy wydawałoby się, że przez wieki będą poza jakąkolwiek karalnością.

A Pan co robił po zakończeniu wojny?

W czasie komuny odsiadywałem wyrok 10 lat pozbawienia wolności za udział w szeregach Armii Krajowej. Wypuścili po 7 latach.   

___ 
Źródło: deon.pl 
Fot.: wiez.com.pl (O. Maksymilian Kolbe w 1936r.).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Niedoskonala-ja.pl , Blogger